Wpisy
Komentarze

It might get loud

Dostałem dzisiaj maila, w którym był pewien link. Kliknąłem i przepadłem… Muszę to zobaczyć. Jeszcze nie wiem jak, gdzie i kiedy, ale to jest po prostu konieczność.

It might get loud

A co to takiego? Dokument, który premierę ma mieć 22 grudnia 2009 w którym to The Edge, Jimmy Page i Jack White opowiadają o swojej pasji do gitary elektrycznej… Dokument w którym pewnie znajdą się kawałki koncertów, kawał dobrej muzyki, kilka ciekawych historii… i wiele więcej. Trzeba mówić coś jeszcze? Trzeba komuś przedstawiać tych panów? Jeżeli ktoś lubi brzmienie gitary elektrycznej i kocha muzykę to wydaje mi się że nie. Czekam niecierpliwie i zaczynam się zastanawiać jak wytłumaczyć małżonce potrzebę, wręcz konieczność posiadania tego DVD :)

Adres strony It might get loud: http://sonyclassics.com/itmightgetloud

Sobota

Budzik nie zadzwonił, bo nie musiał. Dzisiaj sobota. Sam się obudziłem o 9-tej. To późno biorąc pod uwagę jak wstaję na co dzień. Ale dobrze, potrzebowałem więcej snu. Szybka toaleta, ubieram t-shirt i domowy dres, bo w końcu nigdzie się dzisiaj nie wybieram.

Trochę zdezorientowany wolnym dniem drapię się po głowie i myślę co by tu teraz. Moja żona jeszcze śpi. Kobieta w ósmym miesiącu ciąży bardzo dużo śpi. A jak nie śpi to mówi, że chce jej się spać i że jest zmęczona :) Rolet w oknach na razie nie odsłaniam, bo strasznie hałasują gdy się to robi, włączam cicho radio. Przycisk na komputerze, ściąga się poczta… 18 wiadomości. No tak, przecież nie odbierałem maili na domowym komputerze od 3 dni. Pobieżnie przeglądam wiadomości i między innymi widzę tą z linkiem do pobrania nowego numeru gazety do pobrania. Już wiem co będę robił.

Jednak powoli odsłoniłem rolety i uchylam okno – piękna pogoda na zewnątrz. Świeci słońce, przyjemne ostre powietrze. Od razu uśmiecham się pod nosem i mam lepszy nastrój. Cały tydzień jak wstawałem i odsłaniałem rolety widziałem tylko czarną plamę za oknem, albo jak już się bardziej obudziłem to jeszcze do tego deszcz i wiatr. A dzisiaj taka przyjemna odmiana.

Siadam na fotelu, na kolanach mam talerz, a na nim kilka kanapek pospiesznie przygotowanych. Obok na jednej poręczy pachnie świeżo zaparzona kawa, którą specjalnie wyszukała i kupiła mi Ewa (chyba musi mnie kochać!). Na drugiej postawiłem wysłużonego laptopa i właśnie otwieram ściągnięte wydanie gazety… Słyszę jak w sypialni Ewa przewraca się z jednego boku na drugi.

Po tym całym tygodniu, gdzie miałem już dosyć wszystkiego, gdzie miałem wrażenie że tydzień pracy ma ze 30 a nie 5 dni, gdzie miałem jeden maraton pracowy (od 8 do 21 w robocie) który zamiast skończyć się poklepaniem po plecach i usłyszanym “dobra robota…” skończył się niewiedzieć czemu dodatkowym OPR, gdzie piętrzyły się problemy, a złe wiadomości pojawiały się jedna po drugiej, wreszcie pojawiła się upragniona sobota. I już teraz wiem, że to będzie piękny dzień. Dobrze się zaczął.

Czasami aż dziwne się wydaje jak niewiele potrzeba człowiekowi aby odzyskał siły, aby w głowie pojawiły się myśli inne niż te ciemno szare albo czarne, aby się uśmiechnął, odzyskał siły i znowu widział że to wszystko ma jednak sens.

Cholera, potrzebowałem tej soboty. Bardzo. A tym czasem biorę się za lekturę…

« Nowsze - Starsze »